[ Pobierz całość w formacie PDF ]

odpłynęły. Nie czuł już podniecenia, nawet widok zlewających się w akcie
pojednania sztywno dotąd siedzących rzędów wojowników nie zdołał wyrwać go z
odrętwienia.
- To jest dopiero początek - rozpoznał wzruszony głos Marphy'ego. Z trudem
podniósł głowę i powiódł dookoła ponurym wzrokiem.
Koczownik mówił do Jarla, wymachując w zapale rękami. Widział płonące w jego
oczach podniecenie. Wódz Gwiazdzistych pozostał jednak jak zawsze chłodny i
opanowany.
- Masz rację, Marphy. Nadal jednak mamy wiele do zrobienia. Chciałbym obejrzeć
wasze zapisy z północy. Gwiazdziści nigdy nie zapuszczali się tak daleko.
- Oczywiście I - Marphy wyraznie zawahał się, zanim z kolei on wyjawił swą
prośbę - Ta klatka ze szczurami Przeniosłem ją do mego namiotu. Trzy z nich
jeszcze żyją, może się więc będzie czegoś można dowiedzieć.
Fors zadrżał Nie miał najmniejszej ochoty oglądać tej zdobyczy.
- Chcesz więc, aby tobie przypadł ten łup? Marphy roześmiał się.
- Tak. Poza tym chcemy cię prosić o znacznie większy dar. Ten oto wasz
zwiadowca - Położył łagodnie rękę na pochylonym ramieniu Forsa - Posiada
rzadką umiejętność zjednywania ludzi swą mową i ma otwartą, wszystko widzącą
duszę. Będzie naszym przewodnikiem. - widać było, że Koczownik odnalazł w
chłopcu bratnią duszę i teraz dawał upust od dawna skrywanym myślom. - W
zamian pokażemy mu dziwne, odległe strony. Ma bowiem coś z wędrowca, podobnie
jak i my.
Jari w zamyśleniu szczypał dolną wargę.
- Tak, urodził się jako wędrowiec, płynie w nim przecież krew Koczowników.
Jeżeli...
- Zapominacie - Fors nie próbował się nawet uśmiechnąć - że jestem mutantem.
Zanim którykolwiek z mężczyzn zdołał coś odpowiedzieć, nadszedł Arskane. Jego
twarz nadal znaczyły ślady walki, a idąc, wyraznie chronił ramię. Gdy się
odezwał, jego głos zabrzmiał pewnie i stanowczo. Widać było, że nie liczył się
w ogolę z odmową.
- Kończmy zwijać obóz i ruszamy w drogę. Przyszedłem po mojego brata. Marphy
aż zasapał ze złości.
- On jedzie z nami.
Zmiech Forsa był pozbawiony wesołości.
- Ponieważ nie dam rady iść o własnych siłach, będę każdemu tylko zawadą.
- Zrobimy nosze i zaprzęgniemy do nich konia - odparł szybko Arskane.
- My także mamy takie nosze - zazdrośnie wtrącił Marphy. Jari poruszył się.
- Wygląda na to, że musisz dokonać wyboru - zauważył spokojnie. Przez chwilę
Fors miał wrażenie, że w tym miejscu znajdują się tylko oni dwaj, reszta
skryła się w rozedrganej mgle. Zapanowała cisza - ani
Arskane, ani Marphy nie ponawiali swych propozycji. Fors przycisnął dłoń do
gorącego czoła. Po matce odziedziczył krew Koczowników, to prawda. Pełne
przygód życie pociągało go. Jeśli pójdzie z Marphym pozna wszystkie sekrety
tego kraju. Zdobędzie rozległą wiedzę i będzie rysować mapy, o jakich
Gwiazdziści nawet nie śnili. Dotrze do nowych miast i zbada je, ciągle dążąc
ku nowym horyzontom.
Jeśli przyjmie pomocną dłoń Arskane'a, opowie się tym samym za braterstwem i
silnymi więzami rodzinnego klanu, za czymś, czego przez całe życie mu
brakowało. Pozna wówczas ciepło uczucia i zostanie budowniczym - najpierw
osady, pózniej może miasta, stawiając pierwszy krok na drodze, które grzechy
Przodków zamknęły przed ich potomkami. Będzie to życie trudne lecz wartościowe
i również pełne przygód, choć pozbawione dalekich podróży.
Istniała jeszcze jedna możliwość. W głębi ducha zdecydował się na nią już
dawno. Gdy w czasie bitwy zdawało mu się, że umiera, jego stopy same wybrały
kierunek, a droga wiodła w stronę ośnieżonych szczytów, ku wiecznie
onieśmielającej krainie surowego chłodu. Opuścił rękę. Starając się nie
patrzeć na Arskane'a i Marphy'ego odszukał nieustępliwy wzrok Jarla.
- Czy to prawda, że zostałem wyjęty spod prawa? - zapytał.
- Trzykrotnie wywołano twoje imię przy ogniu Rady. Takie było prawo i chłopak
się z tym pogodził. Miał jednak jeszcze jedno pytanie:
- Ponieważ nie mogłem stanąć na wezwanie Rady, mam chyba prawo odwołać się od
jej decyzji w ciągu sześciu miesięcy?
- Masz.
Fors zacisnął palce na podtrzymującym lewe ramię temblaku. Po zbadaniu rany
Lekarz obiecał mu, że po wyleczeniu odzyska w ręku dawną moc.
- Myślę więc - musiał przerwać, aby odzyskać panowanie nad głosem - że pójdę i
skorzystam z tego prawa. Sześć miesięcy jeszcze nie minęło. Wódz Gwiazdzistych
potakująco skinął głową.
- Jeśli będziesz mógł iść, to po trzech dniach powinieneś dotrzeć na miejsce.
- Fors.
Chłopak zadrżał, słysząc rozpaczliwy protest Arskane'a. Gdy jednak zwrócił się
w jego stronę, głos miał spokojny.
- Pamiętasz, przecież to właśnie ty mówiłeś kiedyś o obowiązku.
Ramię olbrzyma opadło w bezsilnym geście.
- Pamiętaj, zawsze będziemy braćmi. Ty i ja. Gdzie płonie moje ognisko, tam
zawsze czeka miejsce na ciebie.
Odszedł, nie oglądając się za siebie i wkrótce zniknął w tłumie
współplemieńców.
Marphy wyglądał, jakby ocknął się 'z głębokiego snu. Otrząsnął się i rozejrzał
dokoła. Duszę jego już zaprzątały inne plany. Chcąc oddalić moment rozstania,
trwał jakiś czas w milczeniu, po czym odezwał się z wyraznym ociąganiem:
- Od tej chwili w mym stadzie biega twój koń, a w moim namiocie czeka na
ciebie jedzenie i schronienie. Gdy będziesz potrzebował pomocy, poszukaj
proporca Czerwonego Lisa, mój młody przyjacielu. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • freetocraft.keep.pl