[ Pobierz całość w formacie PDF ]

najró\niejszych win.
- Ten, kto posiada Hełm, ma władzę nad Staro\ytnymi - powiedział szeptem Orlandar. - Co za
moc... i w takich rękach...
- Taak - zgodził się Conan. - Hełm, za którym uganiają się wszystkie Czarne Moce, jest na
przesiąkniętej spirytusem głowie pijaka. Byłoby to bardzo śmieszne... w innej sytuacji. Ale jak ten
biedak Fagnir się tu znalazł?
- Po prostu szukał najbli\szej knajpy, gdzie mo\na spokojnie wypić - odpowiedziała Amazonka i
smutno się uśmiechnęła. - Ci mę\czyzni! Zwiat się wali, a on szlaja się po ginącym mieście w
poszukiwaniu otwartej knajpy i nawet nie podejrzewa, \e ma na głowie klucz do ratunku...
- Nie szukał tak po prostu karczmy - sprzeciwił się Aj -Berek. -Prowadziła go ręka Opatrzności.
Nie przypadkiem my wszyscy -Conan, zdolny zabić martwego dwa razy, ja, zdolny pomóc mu na
miarę swoich słabych sił, ty, Orlandarze, wiedzący wszystko o Hełmie i sam Hełm znalezliśmy się
w tej karczmie - równie\ nie przypadkiem nazwanej  Brązowy Hełm". Bogowie dają nam do
zrozumienia, \e jeszcze nie wszystko stracone, \e mamy jeszcze szansę uratować świat... I naszym
obowiązkiem jest ją wykorzystać.
- W takim razie zróbmy to i przestańmy przelewać z pustego w pró\ne - rzuciła rozdra\niona
Amazonka.
- Orlandarze, włó\ Hełm - polecił Aj-Berek. - Jesteś tu jedyny, który wie, jak z niego korzystać.
- Ja? Ja nie wiem, jak... - uniósł brwi Mistrz. - Wiem tylko, \e właśnie z jego pomocą mo\na
władać Staro\ytnymi...
- No to władaj. Rozka\ im ochraniać nas w drodze do murów miejskich - poparł czarownika
Cymmerianin.
Orlandar wahając się, popatrzył w milczeniu na czekających towarzyszy, na stojących pod
ścianami Staro\ytnych, potem zdjął Hełm z chrapiącego Fagnira i zało\ył sobie na głowę. Zachwiał
się. Jęknął. Jego spojrzenie było utkwione w Nieskończoność.
- Widzę... - wyszeptały jego usta. - Widzę oczami Staro\ytnych. .. Zostało ju\ tylko nas sześciu,
pozostali zginęli w czarnej galarecie... Nie ma nikogo, nawet obmierzłych człowieczków...
Ciemno... Zimno... Strasznie... Niezrozumiale... Zwiat stał się zupełnie inny, gdy byliśmy na
Szarych Równinach... Czerń pełznie, jest wszędzie... Boimy się...
- Mo\esz im rozkazywać? - zapytał Aj-Berek.
-169-
- Zaraz, zaraz... - Orlandar skoncentrował się i nagle Staro\ytni o\yli - podnieśli siekiery, zgodnie
obrócili się w lewo.
- Udało się! - zaklaskała Minolia.
Kiedyś na miejskim jarmarku w Tarantii Conan widział przedstawienie - trzy metalowe figurki
podnosiły i opuszczały ręce, kręciły głowami, schylały się i poruszały - dzięki parze, która
przepływała przez skomplikowany system zastawek i klapek, i o\ywiała je. Staro\ytni właśnie tak
wyglądali: ich ruchy był tak samo urywane i bezsensowne. Ale stopniowo Orlandar nauczył się
wydawać komendy, dające podwładnym większą swobodę wyboru - w rodzaju  walczyć",  w
pochód",  odpoczynek" - i mo\na było ruszać.
- Ale dlaczego Staro\ytni zabijali ludzi, skoro dowodził nimi ten pijak? Czy on mógł im rozkazać
zabijać? - zapytała Minolia Aj--Bereka.
Czarownik wzruszył ramionami.
- Kto wie, co tam sobie taki pijak myśli... z drugiej strony, mógł im w ogóle niczego nie
rozkazywać, i ci działali tak, jak uwa\ali za słuszne. A tych sześciu po prostu chroniło noszącego
Hełm... Nie zaprzątaj sobie głowy takimi głupstwami, dziewczyno. Przed nami trudna droga i kto
wie, co nas czeka...
- W takim razie ruszajmy - Conan nachylił się nad Fagnirem, podniósł go i zarzucił sobie na ramię
jak worek.
- A tego, co - zdziwiła się Amazonka. - Zabieramy ze sobą?
- Kiedyś on mi pomógł - Conan nie miał zamiaru nic więcej tłumaczyć. - No? Idziemy czy nie?
Najwy\sza pora wynosić się z tej zgniłej mieściny.
- Tak-zgodził się Aj-Berek. -I tojaknajszybciej. Nie wiadomo, ile nam zostało czasu.
Dziwna procesja porzuciła progi knajpy  Brązowy Hełm" i skierowała się ku bramie miejskiej:
ustawione w czworobok szły potwory uzbrojone w siekiery i tarcze; drobna jasnowłosa
dziewczynka biegła w środku czworoboku. Za nią szło dwóch starców, głowę jednego z nich
wieńczył Hełm, prawie taki sam, jak te, które mieli na ohydnych głowach ich ochroniarze. Procesję
zamykał czarnowłosy gigant z obna\onym mieczem w prawej ręce i bezwolnym ciałem na lewym
ramieniu i wysoka smagła kobieta z szablą wysuniętą do przodu, przyciskająca do boku
zakrwawioną opaskę. Ci ostatni co chwila oglądali się na wszystkie strony, spodziewając się
napaści. Ale nikt
-170-
ich nie atakował: pogrą\one w nocy ginące miasto było puste i ciche. Od strony pałacu Haszyda,
ju\ rozpuszczonego przez czarny potok, nie spiesząc się, wiedząc, \e nic nie mo\e się jej [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • freetocraft.keep.pl